Weissmis 4023 m n.p.m.

Co powiesz na 4 rano. Wydaję mi się że to odpowiednia godzina na wstawanie. Ale powiem Wam szczerze nie pamiętam kto kogo spytał.

Budzę się w nocy i spoglądam na księżyc a ten piernik najnormalniej w świecie szykuje się do zachodu. Alpy, pełnia i zachód księżyca toż brzmi jak kiepska komedia. Było pięknie chyba pierwszy raz w życiu miałem szansę uczestniczyć w takim zjawisku. Wychylam bardziej głowę z namiotu i spoglądam na lodowiec w nadziei, że będą już jakieś osoby podążać lodowcem w górę. Niestety nie ma nikogo. Przesuwamy pobudkę o 30 minut ale z tych trzydziestu wychodzi czterdzieści pięć. Znowu wychylam się z namiotu i znowu to samo. Nosz choleras niemożliwe aby nikt o tej porze nie szedł lodowcem na szczyt.

Zaczyna już świtać a ja ciągle gniję w namiocie. Bartek jest na zewnątrz. Rozmawiamy, że nie ma bata sami nie pójdziemy w górę i czekamy na inne zespoły. Myślę sobie, że jak nie w góry to chociaż porobię kilka zdjęć podczas wschodu słońca. Zrywam się i zakładam buty na nogi. Ale tak niechcący spoglądam na lodowiec a tam dwie osoby pałętają się po lego szczelinach. Podchodzę bliżej i widzę następny zespół, który podchodzi lodowcem. Krzyczę na Bartka że idąaaaaaaąąąą Złapałem wiatr w żagle.

Szybko stawiam wodę na gaz dodatkowo jakiś baton w międzyczasie do gęby wkładam. Wczorajszy litr soku nie pomógł mi w nawodnieniu. Zanim go połknę już woda syczy i jest gotowa aby ją zasypać kaszką manną z owsianką. Tak to moje nowe odkrycie połączenie to wraz z innym badziewiem w postaci mieszanki orzechów z daktylami i rodzynkami jest moim najbardziej smakowitym rozpoczęciem dnia. Uprząż już ubrana natomiast raki przypinam do plecaka. Czekan w rękę a lina na plecak i zaczynam schodzić na czoło lodowca. Nie mamy daleko bo śpimy może z 100 metrów od niego. Jest już na tyle jasno, że nie potrzebujemy czołówek. Wiążę się liną z Bartkiem. Iście tatrzański schemat szybkiej dwójki.

Czy będziemy szybcy nie wiem ale na pewno nie będziemy gnać. Plan jest prosty pierwszy idzie Bartek a ja za nim w rytm jego tempa. Ale za nim do tego dochodzi zostajemy sami na lodowcu. Wszystkie zespoły wyszły przed nami. Nie lubię chodzić ostatni zawsze naciskam aby mieć kogoś przed sobą i kogoś z tyłu. Wydaje mi się to najbardziej bezpieczne podejście do wspinania w Alpach. Już po chwili mijamy dwa inne zespoły które wleką się niemiłosiernie. Po minięciu ich już z nogi na nogę swoim tempem zdobywamy wysokość. W końcu obserwuję jak inne zespoły przechodzą groźnie wyglądającą ścianę z serakami. A to tak se idziecie skubańce. W końcu i my podchodzimy pod trudności. A trudności nie polegają na tym, że jest pionowo i nie ma się czego chwycić tylko na tym iż mosty śnieżne są jakby zawieszone w powietrzu. Nie sposób to opisać rzeczowo jedno jest pewne wygląda to na słowo honoru jestem wytrzymały mostek.

Proszę Bartka aby tylko nie przechodził dynamicznie po nich tak aby jeszcze mi coś zostało. Druga sprawa nigdy wcześniej nikogo nie wyciągałem ze szczeliny choć jestem wyposażony w niezbędny sprzęt. Nie taki diabeł straszny jak go malują. Odcinek który miał byś strasznie pionowy istotnie był ale szło nam się zajebiście. Śnieg zmrożony nie daje powodów do obaw. No może w zejściu będzie trzeba pampers ubrać aby w galoty nie narobić. Tu asekuracyjnie informuję Bartka jak to będzie wyglądało. Ty pierwszy leciuśko na paluszkach a potem ja z przytupem. Ale za nim do tego dojdzie mamy spory kawałek do szczytu. Technika francuska tylko proszę bez durnych skojarzeń najbardziej mi odpowiada aby zdobywać wysokość. Lewa prawa lewa prawa. Motam się bo raz idę szybciej a raz wolniej. W pewnym momencie odkrywam, że pójdę tak jak Bartek czyli wkomponuję się w jego krok. I tu odkrycie powoli ale do góry słychać jeden szum jednej osoby a idą dwie istne mirakle no nie . I wcale nie wskoczyłem mu na barana. Dochodzimy do granicy gdzie cień łączy się ze słońcem. Pierwsza przerwa od początku podejścia.

Łyk zimnej wody i jeden baton na zagrychę. Za nami idą jacyś Niemcy chyba bo nie pytałem a za ciula nie rozumiałem o czym mówią. Tak na marginesie dwóch rzeczy żałuję, że się w życiu swoim nie nauczyłem języka angielskiego i tańczyć po góralsku. Wracając do Niemców ciągle idą blisko za nami. Podejście jest tak wąskie, że nie ma szans aby jeden zespół w podejściu wyprzedził inny. Dlatego postojem tym daję im szansę na wyprzedzenie nas. Ale nic z tego rozsiadają się blisko nas i dostrzegam że podejście męczy ich również a nawet może bardziej niż nas. Dobra śmigamy do góry pada komenda. Teraz już sami w podejściu idziemy lewą stroną wierzchołka. Już teraz wiem, że chyba jakiś straszny kataklizm lub zrządzenie losu może nam odebrać szczęście wejścia na wierzchołek. 200 metrów 150 metrów 100 metrów Bartek zostało 50 metrów i w końcu jesteśmy na wierzchołku.

Widoki jak sami widzicie zapierają dech w piersiach. Nie jest wietrznie za to słonecznie ale chłodno. Na wierzchołku kilka zdjęć i zaczynamy schodzić. Idę z tyłu na lewej ręce mam dwa trzy zwoje liny. Gdy podchodzimy pod widoczny most wypuszczam linę i delikatnie na sztywnej przechodzi najpierw Bartek potem ja staram się jak najszybciej opuścić to miejsce. Czy dobrze robimy nie wiem ale najważniejsze że systematycznie i w sumie taki sposób zakodowałem w głowie. W końcu dochodzimy do tego najbardziej stromego miejsca. Nie jest tak źle jak się spodziewałem, że będzie. Jest poprowadzony trawers który jakby tę pionowość wyeliminował. Mijamy mosty a raczej jeden który pozostanie mi na długo w pamięci. Jesteśmy już poza trudnościami. Jesteśmy na tyle spokojni, że postanawiam sfotografować niepozorną dziurę. Rany głęboka szczelina na jakieś 30 metrów albo i więcej.

Z głębi niej wieje straszny chłód. Zagląda też Bartek bo wiadomo że każdy prawdziwy chłop lubi zaglądać w dziury. Staramy się więcej nie kusić losu. Śnieg staje się coraz miększy ale zanim się zacznie zbrylać pod rakami my już będziemy na skałach. Udało się jesteśmy cali i szczęśliwi. Weissmies nie okazał się dla nas tak niegościnny jak Alphubel i pozwolił nam wejść na swoją głowę. Cała tura zajęła nam 3 godziny i 56 minut. Toż w Tatrach są szczyty na które trzeba więcej drałować. Siadam obok namiotu i spoglądam do góry. To już naprawdę koniec. Nie muszę już niczego dźwigać do góry. Nie muszę się martwić o kolejny cel wspinania. Gdzie będę spał czy będzie woda i takie tam inne duperele. Dziś gdy siedzę wygodnie w fotelu bardzo chciałbym znowu borykać się z tymi jak dla mnie przyjemnymi problemami. Pozostaje mi tylko wszystko spakować i zejść pod stację kolejki i czekać na chłopaków, którzy zwiozą nam plecaki. Nie wiem czy Wam podziękowałem ale chciałbym to zrobić teraz. Serdeczne dzięki Majer i Boguś. Dzięki temu mogliśmy jeszcze zrealizować dwa szalone plany. Siadamy pod kolejką i czekamy.

Troszkę to trwało ale nie mam do nikogo pretensji bo przecież godzinę spotkania ustaliliśmy wspólnie. Wreszcie widzę jadą w wagoniku. Mówimy, że weszliśmy w takim a takim czasie. Chyba do końca nam na początku nie uwierzyli. Patrzą na nas z podejrzeniem. Zresztą przez cały wyjazd żartujemy sobie i śmiejemy się jeden z drugiego. Za to Was lubię nikt się nie obraża każdy do siebie podchodzi z dystansem. Zabierają nasze plecaki do wagonika i zjeżdżają w dół. Ja i Bartek ma jeszcze do pokonania pieszo 800 metrów w pionie. Musimy zejść do pośredniej stacji kolejki. I tu nie wiem co nam szczeliło do głowy ale zaczynamy biec tak najnormalniej biec tak jak się biegnie w Nowym Targu. Ja biegnę w sandałach a Bartek w ciężkich górskich butach. No gdybym stał z boku i widział coś takiego rzekł bym podupceni. Mi trasa zajmuje 30 minut natomiast Bartkowi niewiele dłużej. Cieszymy się, że już zejście jest za nami. Teraz następuję realizacja drugiego pomysłu, który wczoraj sobie wymyśliliśmy. Jak wszystko potoczy się dobrze to zjeżdżamy na hulajnogach. Nie są to jakieś małe bździny ale duże maszyny z hamulcami tarczowymi na szerokich oponach. No jazda po wertepach a potem po krętych asfaltowych ścieżkach w myśl reklamy bezcenna. Nie wiem ile nam to zajęło ale trwało to o raz za mało.

Na dole już wszyscy jesteśmy w komplecie. Pakujemy resztę bambetlów do auta i jedziemy na camping w Randa. To będzie nasza ostatnia noc. Rozbijamy namiot a każdy z nas coś gotuje. Majer z Bogusiem opowiadają jak przy pomocy magicznego bileciku odwiedzili Saas Fee. Moloch a raczej kombinat narciarski. Na campingu jest informacja, że nieopodal nas wieczorem jest festyn i ma się odbyć koncert coś koło 22:00. Idziemy trochę wcześniej odwiedzić wiejską zabawę ale niestety nie mamy grosza przy dupie i po chwili jesteśmy z powrotem na polu namiotowym. Ja całkowicie odpadam i jako pierwszy kładę się spać. Gdzieś koło 23:00 budzą mnie dźwięki muzyki. Koncert trwa w najlepsze. Słucham sobie coverów rocowych. No kurde żeby tak taki zespół na tym posranym jarmarku nowotarskim zagrał zamiast tych corocznych wyjców. Przed pierwszą w nocy nie wytrzymuję ubieram się i idę zobaczyć wokalistę o niesamowitym głosie. Zabawa trwa w najlepsze. Po drugiej w nocy koncert się kończy a ja wracam do namiotu. Na drugi dzień dzięki Bartkowi poznałem nazwę zespołu Double D. Wstajemy w dobrych nastrojach. Nie czekamy aż słońce oświetli nasze namioty. Spokojnie pakujemy się do samochodu i wyruszamy w drogę powrotną do kraju. I tak kończy się nasza przygoda z Alpami. Mam nadzieje, że nie ostatnia… cdn

Alpy 2015 r.

W tym roku udaliśmy się w Alpy. Cała relacja znajduje się na facebuku 🙂 Kto chce to na pewno znajdzie. Tu prosta prezentacja.

Alpy 2015 r.

Dwupak

Spoglądam na swoje szpargały górskie, które mam w koszyku i zabieram kominiarkę, komin polarowy, dodatkowe rękawiczki, czekan, raki, rakiety śnieżne. Spoglądam na gogle które mam sztuk dwie. No na cholerę mi gogle w góry. Oj będę przeklinał tą decyzję. Odkładam rakiety również w nadziei, że śnieg jest przewiany. Pobudka 6 rano. Skończyły się już wyjazdy o 4 rano z wiekiem człowiek ceni sobie błogie lenistwo bardziej niż mocne postanowienia. Woda na gaz, do reklamówki prowiant i już jadę w stronę parkingu na Palenicy. Jest lekko po siódmej rano. Auto zostawiam na parkingu i dopiero teraz spostrzegam, że dokumenty wraz z kasiorką zostawiłem w domu. Z duszą na ramieniu podchodzę do szlabanu gdzie miejscowe tepeeny łupią z kasy. Na moje szczęście nie ma nikogo. Tak ogólnie w całej okolicy jakaś pustka. Choć auta są zaparkowane w dużej liczbie to ludzi nie ma. Jest chłodno i zapowiada się ładny ranek. Słońce wstaje dając piękny koloryt na niebie. Niestety nie chce mi się tego uwieczniać z racji planu a raczej jego realizacji. Każdorazowe zatrzymanie spowodowało by jego niewykonanie. Wodogrzmoty mijam po ok kilkunastu minutach. Wchodzę na szlak, który prowadzi do Doliny Pięciu Stawów. Celem moim jest Kozi Wierch. Już kilkakrotnie wchodziłem na ten szczyt zimą ale są szczyty i szlaki które mi się nigdy nie znudzą. Ten należy do pierwszej trójki. Inne to szlak na Zawrat oraz na Granaty. Z nogi na nogę nabieram wysokości. Myślami wracam do ostatniego mojego pobytu w Alpach gdzie wraz z Majerem i szalonym himalaistą Bogusiem tak nie boję się użyć tego określenia jednego dnia weszliśmy na dwa czterotysięczniki. Brzmi dumnie co nie W połowie szlaku do piątki gdzieś na wysokości windy ubieram raki. Decyzja jak najbardziej trafna. Do tej pory idąc co chwile się obsuwam gdyż szlak jest wyjątkowo wyślizgany ale nie lodowy a śnieżny. Raki są tu jak najbardziej na miejscu. Pogoda wyśmienita trochę wieje mrozik też pewnie jakiś jest. Mijam charakterystyczny drewniany mostek przy Wielkim Stawie i kieruję się w stronę podejścia na Kozi Wierch. Po drodze mijam kilka osób. Samo podejście bardzo przyjemne nie jest to mozolne torowanie a szybkie z nogi na nogę podejście. 
Jestem na szczycie Koziego Wierchu dokładnie o 10.45. Widok z niego zachwyca mnie niezmiennie i nigdy mi się nie znudzi. Spoglądam w stronę Świnicy oraz Granatów brak śladów. Albo inaczej jeśli były to wiatr skutecznie je wymazał. Tu będąc zimą zawsze tli mi się w głowie jak dla mnie szalony pomysł przejścia Orlej Perci w okresie zimy. Na tę chwilę i na te warunki śniegowe pomysł jak najbardziej wykonalny. Samotnie chyba już się nie odważę choć były takie plany. Dla pochwalenia się dla satysfakcji ot dla swojego ja. Może kiedyś z we dwójkę się odważę na dzień dzisiejszy wygląd grani skutecznie studzi moje marzenia. Co tu robić pora wczesna przecież nie wrócę do domu. Jeszcze mi żona każe obiad gotować, odkurzać, prasować i takie tam inne męskie zajęcia. Na szlaku na Szpiglasową Przełęcz dostrzegam kilka osób. Myślę sobie czemu by nie spróbować. Konsumuję kanapkę łyk herbaty i spokojnie schodzę drogą podejścia. Na tym szlaku już jest kilkanaście osób no może nie więcej niż dziesięć. Ale cieszy mnie gdyż osoby podchodzące bez proszenia się odsuwają się na bok dając mi możliwość szybkiego prawie że zbiegania. Ja w mig tracę wysokość oni mają usprawiedliwiony odpoczynek. Taka sprzedaż wiązana. Osoby które widziałem na szlaku na Szpiglasową przełęcz to nie wchodzące a schodzące w dół. Czyli znowu jestem sam na podejściu. Nie tam żebym był zasmucony tym faktem wręcz przeciwnie. Podejście równie w twardym śniegu jak na Kozi. Nie wspominam tutaj o ciągle wiejącym wietrze. Ale jest on na tyle silny, że co chwile dodatkowo ubieram kaptur od kurtki na czapkę.
Przy łańcuchach wyprowadzających na przełęcz wieje już niemiłosiernie. Śnieg iście z himalajskich olbrzymów unoszony jest w powietrze. Na samej przełęczy nie mogę patrzeć na oczy. Jestem bombardowany drobinami lodu. W przerwach tych bombardowań spoglądam na ścieżkę wyprowadzającą na Szpiglasowy Wierch. Dostrzegam tam ludzika który już pewnie cieszy się ze zdobycia jego. Na wierchu jestem o 13. Kilka zdjęć i szybko schodzę w dół. 
Kilkakrotnie padam na kolana od porywistych podmuchów. Mam wrażenie że zaraz zlecę na stronę Dolinki za Mnichem. Myślę sobie co za głupia śmierć. Fiknąć kozła ze szlaku. Mocno chwytam kije w dłoń i równie mocnymi krokami schodzę z przełęczy. Jestem jakieś 10 metrów poniżej przełęczy. Odkąd pamiętam zawsze miałem cykora schodząc ten kawałek. Jak nie lawiniasto to znowu wywiany śnieg powodował że ten odcinek przechodzę z duszą na ramieniu. Dziś dodatkowo jest bombardowany lodowymi igłami. Nie widzę nic na oczy. Cały czas mam je zamknięte. No szlag by trafił. Czemu nie zabrałem gogli, które teraz pomogły by mi w tej beznadziejnej sytuacji. Kije chowam do plecaka. Biorę czekan w dłoń i twarzą do stoku schodzę z zamkniętymi oczami. Ten odcinek to ok 10 metrów ale na długo zapadnie mi w pamięci. Schodząc coraz niżej zamieniam czekan na kije. Wiatr już nie wieje z taką mocą jak na górze.
Jestem na wysokości Mnicha i na jego wierzchołku dostrzegam postać taternika. Mają ludzie zdrowie w takich warunkach wspinać się na Mnicha. Co innego Zachodnie zmrożone trawki ale Mnich w zimie??? szaleństwo. Ściągam raki bo na to pozwala teren szybko jestem na drodze asfaltowej. Ludzi strasznie dużo ale jakoś nie przejmuję się nimi. Dochodzę do trawersów. Rozglądam się i dostrzegam, że nikt nimi nie skraca sobie drogi. Ja decyduję się aby nimi iść. No masakra jest tak ślisko że wieszam się na drewnianych poręczach. Raków nie wyciągam no bo byłby to swoisty obciach. Od czterdziesty trzech lat obiecuję sobie kupić takie raczki na buty. Ciach raczki ubrane ciach raczki ściągnięte. No ale ciągle zapominam to zrobić. Może kiedyś wybiorę się do sklepu. Zapomniałem dodać iż od trawersów zaczyna padać deszcz. Pogoda całkowicie się zmieniła. Od wodogrzmotów już leje jak z cebra a przypominam iż do drugi stycznia. Śniegu powinno być z pół metra i mrozik -10. Ech a tyle proszę nie używajcie fafkulce. No i tyle ok 15 jestem przy samochodzie. Czeka mnie powrót przez Poronin do domu. Tego niestety nie opiszę bo musiałbym tylko kląć, że powrót 35 km zajął mi prawie dwie godziny. Dwupak dedykuję moim przyjaciołom z którymi miałem okazję już w tamtym roku przebywać w Alpach. Pozdrawiam i z górskim pozdrowieniem Hejjjjjj

Arrivederci al prossimo anno cz. 6 ostatnia

Nie jest moją ścieżką dziś wyjście w góry a powrót. Po kilku dniach spędzonych na najwyższych obrotach żegnamy się z Alpami. Alpy żegnają nas piękną pogodą słoneczną taką italiańską. Pozostaje nam zejście szlakiem niebieskich lin do połączenia 9z8z7.

W słońcu ciepło i sucho w cieniu zimno i ślisko. Mijamy schron po prawej stronie z moich informacji wynika, że nie wiem przez kogo zbudowany. Po drodze zabieram trzy płaskie kamienie. Dziś spoglądam na nie. Służą mi za podstawki dziś taka ich rola. Wreszcie jestem przy krówskim domku. Po iluś tam dniach mogę w końcu umyć się choć trochę. Następnie dostrzegam kumpli starych zaprawionych w boju biwakowców. Kawa i wygrzewanie się w słońcu oraz pakowanie.

Powoli opuszczamy piękną dolinę i schodzimy do samochodu Marka. A w nim pod siedzeniem piwo, które zostawiłem przed wyjściem. Butelka tego trunku smakuje mi wyśmienicie. Na polanie robimy jeszcze pamiątkowe zdjęcie. Biwak Monterosa wita nas. Rozbijamy namiot, krzątamy się każdy w swoją stronę. Zakupy, browary, jedzenie. W miejscowym sklepiku kupuję sobie trzy brzoskwinie. Niestety mam tak spękane wargi, że nie mogę ich skonsumować kurwa mać.

Pamiętam z poprzednich wyjazdów, że na taki stan pomaga tylko i wyłącznie buteleczka piwa sztuk cztery plus jeden. Ten jeden jest w gratisie od Bogdana. Dziękuję serdecznie i na znak zadowolenia właśnie ją jako pierwszą otwieram i wznoszę toast za szczęśliwe zakończenie naszej wyprawy. Dyskutujemy do późnego wieczora na różne waszkie tematy. Są plany na przyszłe wyjazdy. Jest też pobudka dnia następnego pakowanie i kawa w miejscowej kafejce wraz z przepysznymi ciastkami. Wsiadamy do samochodu i zaczyna się trasa powrotna.

Dziękuję serdecznie Markowi, który bezpiecznie nas w obie trasy zawiózł. Za to, że towarzyszył mi w schronisku i cierpliwe wyręczał w dogadywaniu się z tubylcami. Dziękuję za towarzystwo podczas drugiego wejścia na Castor. Oraz za inne rzeczy których już nie pamiętam ale za które serdecznie dziękuję.

Dziękuję Majerowi za to, że wespół z Markiem opracowali do perfekcji plan pobytu ataku hehheeh ataku brzmi groźnie na wszystkie wierzchołki. Dzięki za towarzystwo na tylnym siedzeniu samochodu Marka. Dziękuję za nauczenie mnie tego wiązania się liną. Oraz za inne rzeczy których już nie pamiętam ale za które serdecznie dziękuję.

Dziękuję Bogdanowi za opowiadania którymi nas raczył przez cały wyjazd. Za czekoladę którą nas poczęstował. Za dowcip i dobre samopoczucie i niebywałą wytrwałość w wejściu na Castor. Oraz za inne rzeczy których już nie pamiętam ale za które serdecznie dziękuję.

Dobra bo się nudno robi. Na ostatek przepraszam za styl pisania i z górskim pozdrowieniem Hejjjjjjj

Deja vu cz. 5

Deja vu Cz. 5

Spanie w zatłoczonych schroniskach alpejskich nie należy do przyjemności. Jest duszno gorąco i nie czym oddychać. Jako jeden ze śpiących przyczyniam się do tego stanu rzeczy. Dlatego kładąc się spać myślami już jestem przy pobudce.

O leci muzyka z Hobbita w słuchawkach dokładnie Concerning Hobbits Howard Shore.

Ustawiając zegarek na daną godzinę ciągle budzę się przed czasem. Dziś myślami jestem na Castor. Tak nie mam zwidów a tym bardziej Ty. Byłem już na tym szczycie. Dziś wejście na niego wypadło niejako od niechcenia. Czekamy na naszych kolegów którzy mają do nas dojść po południu. A jako, że pogoda jest sprzyjająca pada cel Castor tylko od schroniska Sella.

U mnie też rodzi się pomysł związany z moimi zabawkami kawowymi. Postanawiam je wynieść możliwie jak najwyżej sfotografować. Niestety warunki nie pozwoliły mi na zaparzenie na szczycie przepysznej kawki. Schodzimy do jadalni gdzie mamy spożyć śniadanie. O marności tegoż już nie będę wspominał bo mija się to z celem. Związani liną w dwójce rozpoczynamy bój o Castor.

Jest wietrznie. Co ja gadam wieje jak cholera choć jest słonecznie. Mniej więcej w połowie drogi odzywa się moje drugie ja. Po cholerę tam idziesz byłeś już na tym szczycie. Jeszcze Ci się coś stanie i będzie dupa zbita. Zatrzymuję się popijam łyk herbaty, łyk mleka skondensowanego w tubce i nie ten Manfred. Nie mam lęków znowu przyszła ochota i zapał z przed wyjazdu. Grań jest przepiękna. Wije się jak wąż. Nawisy wyglądają bardzo niebezpiecznie. Ale przecież tyle zespołów maszeruje to w jedną to w drugą stronę. Staram się nie zaprzątać sobie tym głowy. Może tylko trochę czujniej zachowuję się na niej. Po kilku godzinach w sumie od pierwszego zdjęcia po wyjściu ze schroniska jest 07:03 meldujemy się na wierzchołku o godzinie 09:30 dnia 20.08.2014 r. To co widzę ze szczytu ani w jednej nie przypomina naszego wcześniejszego wejścia gdzie byliśmy sami na szczucie. W ciul ludzi schodzi i wychodzi. Dobrze, że nie muszę maszerować w ich stronę.

Kilka zdjęć i pora wracać w dół. Im niżej tym wiatr jakby tracił na sile. Co chwile spoglądam na pobliski szczyt Liskam, który ma być jutrzejszym naszym celem. Wygląda imponująco. Moc zdjęć robię. Oglądam otoczenie. W oddali dostrzegam Paradiso na którym poległem w wejściu. Jest MB i piękna Grand Jorasses. Nie czuję już takiego podniecenia walką powoli dociera do mnie, że zbliża się już mój koniec pobytu w Alpach. Już tęsknię, już chciałbym być tutaj znowu. Mam zawsze taki żal i nie cierpię powrotów.

Dochodzimy do schroniska. Jest ciepło parzę kawkę i na werandzie schroniska odpoczywamy. W sumie to nawet nie wiem o czym mam pisać. Sielanka na całego. Po chwili dostrzegamy postać Majera, który razem z Bogdanem mieli tu dotrzeć na nocleg. A trzeba wam wiedzieć, że od ośmiu lat w Alpach nie było tak srogiej zimy. Namioty, które stały na platformach są rozłożone na śniegu. Nie są to namioty turystyczne jak naszej dwójki tylko wyprawowe. Odporne na zawieruchy. Dzisiejsza noc była wyjątkowo zimna co w połączeniu ze zmęczeniem i wyposażeniem naszej dwójki w sprzęt daje jedyny słuszny wniosek wracamy. Tak dobrze rozumujecie. Dwójka ta wyszła z dołu do naszego schroniska po niebieskiej ścieżce aby usłyszeć od nas, że w nocy był opad śniegu, że na Liskam wejście nie jest tak hop siup i że w nocy tak zmarzną, że to wszystko jest bez sensu. Tak oto rodzi się odwrót.

Nikt nie naciska no bo po co. Z mojej strony Liskam nie rodził żadnego podniecenia. To co miałem zrobić w Alpach zrobiłem w stu procentach. Dodatkowo nie czuję się najlepiej. Popełniłem kilka podstawowych błędów za które będę płacił do dnia dzisiejszego pisząc tą relację. Ten dodatkowy dzień i to wyjście mogło by być dla mnie opłakane w skutkach. Człowiek wiecznie się uczy. Majer z Bogdanem schodzą. My pozostajemy na następny nocleg w śmierdzącym schronisku do czego walnie się przyczyniam. Tak pobijam swoisty rekord nie myję się od 6 dni. Wali ode mnie jak od starego capa. Nie ukrywam, że też denerwuje mnie ta sytuacja. Brak wody w schronisku to tylko jeden z nielicznych klocków, który decyduje o naszym zejściu.

Pozostaje jeszcze jedna przyjemna chwila a więc kolacja. Jest pyszny makaron i drugie danie i jest deser.

Pozostaje tylko przespać noc na schroniskowej pryczy. Długo nie zasypiam korzystam z netu. Sprawdzam wyniki sportowe, przeglądam listy od rodziny czytam co tam w kraju słychać. Czytam artykuł o tym jak w końcu udaje się otworzyć sześciopasmową drogę do Zakopanego. Nareszcie bo bałem się że już nigdy nią nie pojadę. Mojej córki Natalii syn właśnie zdobywa K2 zimą jako pierwszy człowiek na świecie niesamowite udało mu się jest już na dole w bazie…

Kalendarium

Manfred robi pierwsze zdjęcie 07:03

Zabawki na Castorze 09:44

http://youtu.be/b4-CSBHanEs

Pierwsze rozczarowanie czyli rzecz o podłym żarciu i przeklinaniu. Cz. 4

Dziś a jest 19.08. 2014 r to dzień przeznaczony na odpoczynek od górskich zdobyczy. To tzw. dzień restowy. Choć jak się później okaże dzień restowy w Alpach to solidna harówka ale po kolei.

Wstaję i po raz pierwszy w życiu udaję się na śniadanie które serwuje mi obsługa schroniska. Liczę na kilka rodzajów chleba, wędlin, sosów, ciast nie wspominając o herbacie kawie i kakao. To co jednak dostaję wyrywa mnie ze snu bo przecież jestem w głębokim śnie i zamiast zejść na ziemię śnię o duperelach. Ale już wracam siedzę w schroniskowej jadalni. Koszyk z chlebem smacznym. Do tego na nas dwóch chyba 6 małych dżemików takich jakie serwuje Tymbark a które notorycznie nie były przeze mnie spożywane na różnego rodzaju szkoleniach. Herbata oraz dwa malutkie sucharki takie malutkie jak patrzę w swojej kuchni do czego by to porównać no i dochodzę do wniosku, że u mnie w kuchni wszystko jest wielgaśne. Za to wszystko płacę… no właśnie a kto zabroni bogatemu jeść dżemiki małe chlebki i jeszcze w pizdu za to zapłacić.

Dość biadolenia bo moc atrakcji czeka. Dochodzimy do kolegów którzy byli rozbici poniżej. Widzę ufoluda, który wychodzi zza skały i widzę piechura na szlaku. Mieni mi się od tej wysokości.

Schodzimy, żegnamy schronisko jak i dolinę. Siódemką bo tak oznaczony jest nasz szlak zbiegamy do źródeł miejscowego potoka, który wywodzi się z Lodowca Piccolo di Verra. Tu dramatyczna decyzja aby dostać się na szlak osiem wyprowadzający na Bettolinę 2904 m npm trzeba dziada przejść wpław. A, że cuchniemy jak zarazy to ochoczo ściągamy skarpety i wio. Woda w brew pozorom nie jest taka zimna. Na pewno nie tak jak miejscowa Białka. Bogdan nawet wała umył. Ja się nie myje bo idę na rekord.

Razem już podążamy w górę na wspomnianą wcześniej przełęcz. Po prawej Palon di Resy 2676 m. npm wyglądem przypominający pik z amerykańskich westernów. Pogoda taka dziwna nie pada ale jest mgliście. Na przełęczy rozdzielamy się. Majer z Bogdanem ( Ty masz na imię Bogdan czy Boguś kuźwa nigdy nie wiem)zostają i biwakują tutaj. My natomiast zmieniamy oznaczenie szlaku z 8 na … ciul tam wie chyba 9. Nie mniej szlaki są tu oznaczone perfekcyjnie co jednak pozwala nam za kilka dni się zgubić w zejściu ot cfaniaki z Polski. Czekajcie chwile bo mi się ktoś na fejsie dobija. Dobra jestem. Szlak wije się do góry. No bo niby gdzie. W oddali pozostają kompani a jeszcze dalej widać zabudowania Stafal Tschval. Mądry taki jestem bo jednemu francuzowi mapę podjebałem. Nie no żartuje, ktoś zostawił to sobie wziąłem.

Dochodzimy w końcu do niebieskich lin, które mają za zadanie pomóc przejść odcinek skalno graniowy wyprowadzający na plateu na którym znajduje się schronisko. Piękna grań dziś we mgle za kilka dni otworzy się dla mnie jak młoda dziewica podniecona do granic wytrzymałości. Dość powiedzieć, że nawet jest miniaturowy mostek. No po prostu bajka.

W końcu jesteśmy na wysokości 3585 m npm. Tu mieści się schronisko Rifugio Quintinio Sella. Moje póki co najwyżej osiągnięte schronisko. Jest jeszcze jedno położone wyżej ale jak chcesz wiedzieć gdzie to se znajdź. Jest cholernie zimno. Jak się później dowiadujemy nie ma nigdzie wody. Jedynie można kupić 1,5 l w cenie 3 juro.

Dziś decyduję się na pełne wyżywienie ale tak nie do końca pełne. Czyli obiado kolacja z której wcześniej mnie bezczelnie wypraszano i śniadanie.

Tu też spotykamy naszego rodaka Witka bardzo przyjemnego gościa. Witek jeśli czytasz me bździny to pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. Z Witkiem wiąże mnie miłe spotkanie. W drugim opowiadaniu albo w trzecim nie pamiętam a przynajmniej po pierwszym noclegu w Ayes gdy zszedłem z Breithorn szybko udałem się do swojego pokoju a raczej przed pokoju gdzie miałem swoje łóżko. Patrzę a tu jakieś gacie leżą na nim. Se myślę kurwa co jest. Na górnym łóżku leży jakiś francuz zapomniałem jak to na nich wołają. I coś do mnie pieprzy. Patrzę na niego z zapytaniem „a weź się odpierdol” i spostrzegam, że nie ma moich rzeczy. Myślę sobie okradli nas. No nie w unijnym schronisku tak porządnym ojebali Manfreda ze wszystkiego. Kolega mój, gdy Go o tym poinformowałem dowiedział się, że przenieśli nasze rzeczy do innego pokoju. A trzeba Wam wiedzieć, że byłem zajebiście zmęczony i wkurzony. No to udaję do wskazanego pokoju a tam stoi facet. Wyglądem przypomina typowego Włocha. No to ja bez obcinki „ że kurwa jak mogli się dotknąć moich rzeczy, że wkurwia mnie to, że ja pierdole, ale z nami postąpili i że w ogóle ja pierdole” Po czy spoglądam na Włocha a ten do mnie rzuca „ Jak dobrze usłyszeć rodaka” i nie po włosku tylko po polsku. Tu następuje 10 minutowa cisza w której manfred zmniejsza się do postaci pantofelka, zarazka i innego ustrojstwa dostrzegalnego pod mikroskopem w powiększeniu dwa miliony razy. Ot teraz nie będzie już przekleństw. Przepraszam sorry i jeszcze w 10 innych językach usiłowałem usprawiedliwić swoje zachowanie. Cham to jednak zawsze będzie cham. Ale dobrze mi z tym. Albo mnie pokochasz albo mnie pokochasz. Tu wymieniamy serdeczności uściski. Rozmowa nasza z Witkiem sprowadza się do prośby o pomoc aby nam jej udzielił. Bo trzeba Wam Wiedzieć, że Witek szprecha po Italiańsku bardzo dobrze. Wieczorem browar luźna rozmowa. Dowiadujemy się, że Witka wybrał sobie jakiś zwykły mistrz świata w zjeździe na nartach oraz uczestnik tegorocznej wyprawy pod K2. Nasz Witek to fachura a my jego koledzy. Witka po raz drugi spotykamy w Sella. Opowiada czym się zajmuje jakie ma plany, co robi.

Czas płynie zajebiście. Ale co to kurwa pora na obiad. Jest wreszcie obiad i pierwszy raz panisko zjem to co cała hołota schroniskowa. Na pierwsze makaron z pastą nie do butów. Dobre powiem bardzo dobre. Drugie ziemniaczki z mięsem powiem super. Na deser bita śmietana z czymś tam no po prostu bajka. Odżywa moja wiara w dobre żarcie na tym wyjeździe. Nic nie zapowiada dramatu jaki przeżyję dnia następnego jedząc śniadanie. Podczas obiadu poznajemy słowackiego przewodnika Milana. Zajebisty chłop. Noż kuźwa jak nie Słowak. Opowiada, że ma klientów trzech szwajcarów. Że wcześniej tydzień temu był tu Rysiek Gajewski u którego robiłem kurs taternicki z Majerem. Rozmawiamy o górach o Liskamie. Mówi, że to trudna góra my, że nic na siłę. Że wiemy na co nas stać i w dupie mamy ryzyko.

Po kolacji wychodzę na zewnątrz oglądam góry zasłonięte częściowo przez mgłę. Myślę o moich dziewczynach w Polsce. Na chwile myśli zbiegają do tych dwóch dupków moich kumpli, którzy tam pewnie marzną na dole. Szkoda że ich tu nie ma moglibyśmy kupić flaszkę, popić, pośpiewać, wpierdol komuś sprawić. A tak trzeba iść spać. Kładę się i nawet nie wiem kiedy zasypiam.

Kalendarium

Opuszczam Mezzalamę 08:17

Po przeprawie 10:18

Kumple mają nas w dupie 15:00

Niebieski liny 15:54

Najszybszy człowiek na świecie Simone i jego narty 17:53

Alpy 2014 cz. 3 Codzienny rytuał

Trzeba bardzo dużo wysiłku aby wejść na szczyt potem z niego szczęśliwie zejść. A gdy już jest się przy schronisku pozostaje tylko ściągnąć szpej chwilkę odpocząć i można napić się piwa, kawy lub zrobić ciepły posiłek. Tak było u mnie. Niestety moi dwaj przyjaciele dodatkowo do tych przyjemności muszą dorzucić zejście do swojego namiotu. Zejście 30- 45 natomiast wyjście pewnie z 1 godzinę im zajmuje. I tak przez kilka dni wstawać, wyjście do schroniska, spotkanie z nami, wyjście na szczyt, zejście do schroniska, zejście do namiotów, wstawać, wyjście… Jestem skłonny stwierdzić dość odważnie, że sprzęt który posiadali, dodatkowy wysiłek, logistyka, oraz pogoda, która była w tych okolicznościach normalna przyczyniły się do… Natomiast ja no cóż nie zamienię ciepła, regeneracji schroniskowej na żaden namiot, śpiwór i nawet z perspektywy czasu patrząc na ich pobudkę z promieniami słonecznymi w całej dolinie. A będzie w późniejszym czasie o tym wspomniane.

Twór powstaje czyli maszyna oblężnicza związana liną. Lokomotywa i trzy wagony wyruszają 18 sierpnia na wysokość 4092 m n.p.m. Trzeba wam wcześniej wiedzieć, że jutrzejszego dnia ma się pogorszyć pogoda oraz jest plan aby dnia następnego wszyscy z całym dobytkiem jaki każdy posiada weszli na szczyt Castor i zeszli do sąsiedniej doliny. Ja mam 4 owsianki kilka cukierków. Koledzy namiot, linę, śpiwory oraz zapas jedzenia na kilka dni. Plan odważny i pomysłowy ale nie w tych warunkach i nie w tych okolicznościach.

Jesteśmy pod żlebem doprowadzającym do odcinka skalnego. Śnieg jak zwykle twardy jak beton choć w tym przypadku mam wrażenie ,że ten pierwszy jest odrobinę twardszy. Jak to zwykle bywa pogoda dopisuje. Nie wieje i świeci słońce choć może nie pamiętam jak naprawdę było a jak ktoś mówi naprawdę to kłamie jak cholera. Za to pamiętam i to doskonale, że twarz piecze mnie niemiłosiernie. Usta mam spalone. Tu dostaję nauczkę do końca swojego życia ,że choć kocham słońce i ciepło muszę być czujny, gdyż mój przyjaciel może być moim wrogie. Dochodzimy do formacji skalnych. Potrzebuję jednej minuty aby dojść do wniosku, że przez skały nie pójdę związany z resztą moich przyjaciół na lotnej asekuracji. Szalony jest to pomysł ale rozwiązuję się dając każdemu wolną rękę. Jest twardy śnieg, jest sucha skała. Trudności skalne odpowiadają trudnościami Orlej Perci. Odcinek skalny jest ubezpieczony długą grubą parcianą liną. Pytam się sam siebie baranie chodzisz w Tatrach na lotnej?

To co się potem wydarzy sprawia, że przewodników uważam za krwiopijne bestie, które mają tylko jeden cel. Po trupach wciągnąć swoich klientów na szczyt. Ściągnąć ich w dół bo kasa bo następna grupa czeka. Reszta się nie liczy, nie liczy się przyjemność z dotykania skały, wspinaczka, widoki. Liczą się tylko słowa „wajta wajta” które kurwa zapamiętam na zawsze widząc jakiegokolwiek przewodnika. Dziś też a będę jak chorągiewka przepraszam, że miałem złe zdanie na temat słowackich przewodników. Prawda że przewrotnie. Przyjdzie jeszcze czas aby Ci to wyjaśnić jak nie na łamach blogu to przy lampce wina…

Na odcinku dzieją się sceny z horroru choć nie wiem czy mam się bać czy śmiać głośno. Ja wybrałem krzyk ze słowami” wypierdalać”. Otóż na linie parcianej wiszą dwie dziewczyny tak wiszą. Rakami rzeźbią skałę bo przecież i tak jest mało porysowana. U góry przewodnik ciągnie je za linę aby się wgramoliły do bezpiecznego miejsca gdzie założy im auto. Z góry zrzucona lina i zjeżdżają kominkiem jakieś Niemcy. Z dołu podchodzi następny buc z klientami i później jak się dowiedziałem od Bogusia popycha Go i szturcha, aby ten szybciej parł w górę. Mało tego, niektóre buce przejdą rakami po innych wspinaczach byle wyprzedzić byle wyminąć a huj nas obchodzi, że ty chcesz się zatrzymać, podziwiać widoki cieszyć się wspinaczką.  Zdupcaj do Polski na Turbacz tam se podziwiaj widoki.

Nie wiem jak ale przeszedłem ten odcinek skalny bez asekuracji zdany na siłę swoich rąk i gotowy do walki z każdym który mnie popchnie i w moim kierunku powie wajta wajta. Czekam na towarzyszy robię im zdjęcia. Teraz tylko pozostaje śnieżna grań wyprowadzająca na wierzchołek. A tam piękne widoki nudne nie? Jak to z każdego wierzchołka widoki muszą być piękne. 18.08.2014 r. 10:22 Wyciągam opaskę mojej córki i posyłam ją w dolinę, a w myślach coś mówię do siebie. Ta chwila zapadnie mi głęboko w głowie i jeszcze nie raz będę do niej wracał. Śmieszne, mało ciekawy szczyt w kurwę ludzi, przepychanki a ja się rozkminiam i rozczulam jak jakaś łajza. A przecież czeka mnie zejście, skalny odcinek i cała hołota, która jak wielka kupa nie może się przecisnąć przez standardową rurę dziesiątkę.

No i jestem nad skalnym odcinkiem. Oczywiście buc, który tylko umie powiedzieć wajta wajta pcha swoich klientów na dół sam schodząc bez asekuracji przodem, tyłem, aż weście w pewnym momencie wydaje mi się że ciul idzie na rękach byle wszystkich wyprzedzić. Nie trzeba dużo jeden z jego podopiecznych a tak swoją drogą ciekawe co zapamiętali z tego wyjścia na szczyt chyba tylko cenę za usługę, zaplątuję się w parcianą linę. Sytuacja jest to zabawna to eeee za dużo powiedzieć dramatyczna bo dramatyczna to była jak zjadłem cztery jabłka i mało się w gacie nie posrałem jak wracaliśmy do Polski. Sprytny pasterz wyobracał swoje owce i już dalej zbiegali w dół tylko wajta wajta jakby było jakby słabiej słychać. Dochodzę do małego uskoku a tam widzę swoje ciało roztrzaskane o twardy śnieg i zgraję przewodników patrzących i mówiących gdyby NAS wynajął do tego by nie doszło a NASA to jest tylko rakieta , która poleciała w kosmos z Krzeptówek.

Olewam uskok i ścinam ściankę  w prawo. Trzymam się liny i bez problemu dochodzę do łatwego terenu. Gdyby tak wszyscy znikli i pozwolono nam w spokoju przejść ten odcinek byłby to jeden z piękniejszych tego wyjazdu. Zakosy sprowadzają w dół ale jest tak twardo i ciepło, że czuję się jak w kuciapie. Postanawiam pruć na wprost w dół. Mijam po kolei mrówki a w połowie mijam wajta wajta pozostawiając go ho ho w tyle. Dochodzę do łatwego terenu i spoglądam do góry gdzie schodzą Majer i Bogdan. Nie omieszkam robić im zdjęcia. Wyglądają zajebiście na tym odcinku Polluxa. Jesteśmy nareszcie  razem i no właśnie zapomniałem powiedzieć, że przed wyjściem rzucam luźno aby po wejściu na Pollux i szczęśliwym zejściu spróbować wejść na Castor. Majer mi wtóruje i Bogdan też. Za jest pogoda, idealne warunki, blisko schronisko oraz krótkie podejście z pod jednego wierzchołka na drugi. Czuję moc w sobie oraz nieodparte wrażenie, że pomysł z przejściem i wyjściem na ten wierzchołek z całym dobytkiem to zły pomysł.

Idziemy na drugi szczyt po kilku chwilach jeden z naszej czwórki rezygnuje i stwierdza że wraca do schroniska. Następuje zmiana planów. Majer robi za lokomotywę Bogdan za wagon a ja na końcu odkrywam, że chodzić z tyłu jest zajebiście fajnie bo i widzę koleszków i mogę im zdjęcia robić no i lina mi się nie majta między nogami. Pniemy się powoli systematycznie w górę. Odpoczywamy ale regularnie śmigamy w przód. W połowie wiem, że nam się uda to zgrany zespół nikt nie biadoli i nie użala się na swój los. Każdy wie po co tu przyjechał. Warunki choć słonecznie im wyżej tym się pogarszają. Mam na myśli piekielny wiatr, który mocno nami targa. Przechodzimy szczelinę mocno pionowym śniegiem. Wychodzimy na grań i pozostaje nam pokonanie najpiękniejszej śnieżnej grani jaką do tej pory widziałem. Nie ma tu nikogo żadnych wiszących bab, Niemców, wajta wajta, tylko my. Sami i okoliczności przyrody. Wieje zajebiście dlatego kilka zdjęć, chyba nawet filmik nakręciłem i w dół. Im niżej tym ciszej cieplej weselej.

Gadam jak najęty napawam się chwilą cieszę się nią. Wiem, że za kilka godzin zostanę sam ze swoją górą i będę na nowo przechodził każdy centymetr. 18.08.2014 r. 13:25 Dwa czterotysięczniki jednego dnia. Tego mi nie zabierze nikt. A czy mnie ktoś pokona czy wejdzie na trzy  na cztery mało mnie to obchodzi. Jestem spełniony teraz mogę wracać ale jeszcze nie dziś jeszcze nie teraz. Mam ukryty plan tak absurdalny i z punktu widzenia niektórych głupi, że aż sam się sobie dziewie że go urealnię. Będzie jeszcze o tym mowa. Schronisko, gratulacje kawa chyba nawet piwo pożegnanie z kolegami. Drażni mnie to pożegnanie pomimo ciągłego peplania w ich stronę, gdy schodziliśmy chcę to robić dalej do późnej nocy. Mało mnie to obchodzi, że chcą spać, że są zmęczeni tak odbieram swój a zarazem nasz sukces. Widzę ich na dole spoglądam na otaczający mnie świat. Znam Ciebie dobrze Pollux i Castor i znam Ciebie Breithorn również. Teraz jestem częścią tego świata.  Dziś pisząc te słowa jestem w stanie z zamkniętymi oczami opowiedzieć trasę wyjścia i zejścia a w towarzystwie moich przyjaciół nawet ponownie się nakręcić i paplać jęzorem do późna. Dobrze przestaję się nakręcać bo jeszcze zacznę wierszem pisać i stanę się jak półchłopek. Dziś żegnam się ze schroniskiem, otoczeniem, doliną, lodowcem. Schodzę do Rifugio Ottorino Mezzalama i tam spędzimy nockę. Choć Castor będzie mi towarzyszył to jednak ma być zmiana na lepsze. Nowe schronisko, wykupione jedzenie nowe plany. Ale to opowiem jak mi przyjdzie na to ochota…

 

Kalendarium

Rytuał podejścia zejścia i ciul wie czego jeszcze 07:12

Przed odcinkiem skalnym 09:25

Na Polluxie 10:22

Na Castorze 13:25

Zejście do Rifugio Ottorino Mezzalama 16:07

Obryw seraka 16:26

Piwa smak 16:53

Spotkanie z sarenką 17:18

Kto rano wstaje temu staje

Castorski wietrzyk

Już po a jeszcze przed

Bliskie spotkanie

 

Alpy 2014 cz. 2 Pierwsza krew

Poranna kawa zrobiona w domu. A muszę się Wam przyznać że będzie trochę o kawie.

Polska, Słowacja, Austria, Niemcy, Lichtenstein, Szwajcaria i docelowo słoneczna Italia jak to mówię to kraje przez które udało nam się szczęśliwie przejechać. Zresztą długo czekałem na tą podróż. Pakowanie plecaków, lin, kasków, czekanów i innych rzeczy, które są niezbędne to też przyjemny atrybut takiego wyjazdu.

No ale nie będę zanudzał bo przecież już jesteśmy na miejscu w miejscowości Saint Jacques a dokładnie na kampingu MONTEROSA. Jest godzina popołudniowa dnia 15 sierpnia co daje prawie a wiadomo jak jest z tym prawie 24 godzinną podróż.

W miejscowym sklepiku gdzie oprócz produktów spożywczych jest też kafejka z smakowitą kawą i ciastkami zakupujemy piwo. Tak piwo sztuk jeden. Ma to być swoiste przywitanie z Alpami. Wykręcam się od jego picia i chowam je pod siedzenie samochodu. Tłumaczę sobie że tylko wygrani zasługują na picie tego swoistego nektaru.

Sam kamping ładnie położony wśród gór. Czyste toalety, ciepła woda, miła obsługa no cóż chcieć więcej no może tylko dżemu na śniadanie ale o tym specyfiku też będzie później. Rozkładamy namiot jemy kolację i idziemy spać.

Jest 16 sierpnia pogoda wita nas promieniami słonecznymi. Wstaję jako pierwszy bo miałem najbliżej do wyjścia. Oddycham głęboko stawiam piedestały choć te już ktoś postawił i pewnie mają dużo więcej wysokości niż nasze rodzinne Tatry. Pakujemy się szukamy parkingu na pozostawienie samochodu i wychodzimy w góry. Tu przypomnę pozostawiam swoje piwko w samochodzie na powrót. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie pstryk i wolno ale skutecznie wyruszamy na podbój Alp.

Szlak nasz ma numer 7 bardzo lubię tą cyfrę uważam ją za swoją szczęśliwą. W szkole miałem taki numer w dzienniku i pamiętam wszystkie kataklizmy mnie omijały.

Polana a na niej alpejskie krówki dzwonki i pierwszy widok na lodowiec. Znam ten rodzaj. Byłem pod Marmoladą, venedigerem , blanszetem. Wszędzie tam poniosłem sromotną porażkę w wyjściu na szczyt alpejki. Brak doświadczenia, strach i młodość być może to przyczyniło się do ciągłych porażek. Choć nigdy nie powiedziałem, żebym z tych wyjazdów wrócił niezadowolony.

W oddali widzę dwa schroniska. Pierwsze z nich Rifugio Ottorino Mezzalama 11020 Aosta Valley Włochy 3036 m. npm oraz Rifugio Guide della Val d Ayas 3394 m. npm.  W tym pierwszym będę miał okazję spędzić jedną nockę w tym drugim dwie.

Szybko i bez jakichkolwiek problemów docieramy do pierwszego z nich. Tu następuje dramatyczna chwila rozstania dwaj moi przyjaciele Majer i Bogdan będą nocować w namiocie blisko jego sąsiedztwa. My natomiast udajemy się do schroniska. Takie było założenie przed wyjazdem i oczywiście nikt do nikogo nie ma pretensji o taki stan rzeczy. Z perspektywy czasu będę i cieszył się z tej decyzji i bardzo jej żałował. Myślę sobie przyjdzie czas aby o tym wspomnieć.

Jestem już w schronisku drugim a więc Ayas. Wykupuję sam nocleg żałuję paru euro na żywienie ale przecież mam pół plecaka pyszności w porównaniu z tym co serwują schroniska. Tu najpierw z cichca potem po rozmowie na ręce 😉 z dwoma chyba Włochami i bez ogródek w przedsionku schroniskowym gotuję sobie wodę na liofizat. Pierwszy raz i od razu strzał w 10 kurczak w sosie ostrym. Wg mnie pyszności. Dziś pisząc te słowa żałuję że nie zabrałem ze sobą więcej paczek a tylko dwie. Oprócz tego były owsianka, kaszka, suchary, czekolada, wafelki owsiane, cukierki i dżemik z Tymbarka. Dżemik który potem po wykupieniu w schronisku śniadania będą mi serwować w zajebiście wysokiej cenie.

Wychodzę przed schronisko spoglądam na okolicę. Jest pięknie choć dalej do końca nie wiem gdzie są cele mojego wyjazdu. Patrzę w dół staram się wyszukać moich dwóch przyjaciół którzy nas opuścili i gdzieś tam śpią. Myślami jestem z nimi, moimi kobietami które zostały w domu i wszystkimi których tu nie wymienię.

Pobudkkaaaaaa to jest ten dzień. Dzień wejścia na Breithorn zachodni, najwyższy – 4164 m, centralny – 4159 m. Nazwa tego wydaje mi się straszna a on sam pewnie cholernie trudny. Jak się później okaże nic z tych rzeczy. Dołączają do nas Majer i Bogdan. Wiążemy się liną i jak to raczę mówić z nogi na nogę zdobywamy wysokość. Idę w środku stawki ale na przodzie. Za mną stąpa Bogdan a peleton zamyka Majer.

Zawsze z tyłu idzie przewodnik i osoba najbardziej doświadczona. Nie ma w tym przypadku żadnego przerostu treści nad formą bo tak jest. Mamy w swoich szeregach i ratownika GOPR i Bogdana dla którego jest to pierwszy taki wyjazd. Choć szczerze sam też nie jestem dużo bardziej doświadczony może tylko bardziej wyszczekany. Ale w głębi duszy czuję chyba podobny strach.

Pogoda wspaniała, warunki wspaniałe nic nie może wyrwać nam zwycięstwa i smaku wejścia na czterotysięcznik. Choć są dwa parchy które skutecznie zniechęcają nas do wejścia na Breithorn. A to klient i przewodnik z Zermat. Facet który wchodzi tanecznym krokiem na szczyt i w tempie 0,1 km na godzinę. Po krótkiej dyskusji wyprzedzamy te dwie sieroty. Jedna sprawa że ślimaczą się niemiłosiernie druga sprawa że zaraz przewodnik z Zermatt zemdleje z wysiłku i trza będzie go na rękach wnieść na szczyt. A co gorsza mamy wrażenie że zaraz skoczy w przepaść aby wreszcie ulżyć sobie w cierpieniu.

Ogólnie na ten szczyt wchodzą wszyscy chłopy, baby, dzieci lat ok 7 z rykiem na ustach i ciągnieni przez innych debilnych przewodników, starcy i no właśnie przewodnicy z Zermatt ze swoimi klientami.

Tu po raz pierwszy zastanawiam się nad sensem związania się liną. O ile na polu śnieżnym jest to konieczność i rzecz bez dyskusji o tyle na twardym podejściu niczym nie różniącym się od naszego tatrzańskiego uważam że to jest duże niebezpieczeństwo. Dodatkowo narciarze jeżdżą nad nami stwarzając niebezpieczeństwo obsunięcia się i wpadnięcia w nas jak pocisk armatni. Majer uważa, że to jednak jest konieczność i dodatkowo sprawia że tworzymy jedność i kolektyw w którym każdy dba o partnera. Nie sposób się nie zgodzić. Pozostajemy związani i jak orient expres biegamy po torach rozłożonych na Breithorn.

Jest dokładnie 17 sierpień 2014 r. Wchodzę na swój pierwszy czterotysięcznik. Po latach wspinania w Tatrach a to z partnerami a to samotnie wreszcie mam swój pierwszy wierzchołek. Ciśnienie schodzi jest radość są zdjęcia. Cieszymy się jak głupcy. W oddali same sławy Mount Blanc, Matterhorn, Weisshorn, oraz Pollux i Castor. Te dwa ostatnie to moje ulubione z nazwy. Na jednym z nich mam zamiar zostawić opaskę biało czerwoną zrobioną przez moją córkę Natalię.

Piękna grań śnieżna, piękne widoki sprawiają, że z Zachodniego idziemy na Centralny. Tak dziś dwa czterotysięczniki choć w jednej nazwie. Łyk herbaty, kęsy pożywienia. Schodzimy zasłużenie wiedząc że dziś zrobiliśmy kawał dobrej roboty.

Każdy dla siebie, każdy jest tu z innego powodu. Dla chwały, dla ciekawości, dla udowodnienia sobie pewnych rzeczy, dla zbierania doświadczenia dla innych trudniejszych celów, dla tego że te góry są, są piękne i trzeba w swoim krótkim życiu je zobaczyć dotknąć spróbować.

Docieramy do schroniska. Rozwiązujemy się. Odpoczywamy delektując się smakołykami. Uzupełniamy płyny. Ja z racji odkrycia kawowego świata robię kawkę z aeropressu. Powoli dzień się kończy. Spoglądam na niedawno zdobyty Breithorn oraz dwójkę moich przyjaciół, którzy oddalają się do swojego namiotu.

Zdobycz przeżywam w swojej głowie na krótko tylko rozmawialiśmy o zwycięstwie. Nie było posiadów do późnych godzin nocnych i napawania się zwycięstwem. Jutro następne wyzwanie kto wie czy nie najważniejsze trudniejsze i piękniejsze. Jutro jest ten dzień. Zasypiam, śnię

Ciąg dalszy nastąpi…

Kalendarium

Pobudka chyba 5 rano…

Śniadanie 5.15

Pierwsze zdjęcie 8:28 choć zrobiłem wcześniejsze

Przewodnik z Zermatt 10:17

Wejście na Breithorn 11:33

Radość z oglądania 18:33

Sen 22:00

Alpy 2014 cz. 1 Prolog czyli kilka słów o genezie utworu.

Ciężko mi się zabrać do jakiegokolwiek pisania bo ostatnie podrygi pogody i wakacji. Chciałbym ten czas wykorzystać na odpoczynek z racji urlopu na jakim jestem.

Dokładnie kilka miesięcy temu ubzdurałem sobie, że jeśli zdrowie dopisze i żona która kłód pod nogi rzucać nie będzie razem z kamratami zawsze będę ich wymieniał w kolejności alfabetycznej Majer, Bogdan i M…k  pojedziemy w Alpy. Wtedy jeszcze oni o tym nie wiedzieli no bo niby skąd jak to w mojej głowie się ubzdurało.

Spotkanie dokładnie w poniedziałek przed wyjazdem na ściance wspinaczkowej na której się wspina. Myśmy się nie wspinali ino kawkę my wypili. Było to dokładnie 11 sierpnia chyba,  że 4 sierpnia ręki sobie uciąć nie dam. No i wtedy ustaliliśmy, że wyjazd odbędzie się 14 sierpnia dokładnie w porywach od 18-19 wieczorem z zamiarem wejścia na Breithorn, Polux, Castor i he he he Liskam. Pamiętam jak dziś na spotkanie równocześnie jako pierwsi przybyli ja i Majer. Potem dopiero przyjechał M…k i na końcu Bogdan, który chyba nie do końca jest człowiekiem ale to wyjdzie w praniu chyba w trzeciej części. Gdybym jednak o tym zapomniał zapytać mnie o to  można pomiędzy Ornakiem a Jarząbczym którego z racji zajebistego podejścia nie na widzę. Jest taki bar pod Jabłonkami ino nie w Jabłonce a w Nowym Targu otwarty sezonowo podobnie jak camping MONTEROSA tylko jak jest lato.

Na prośbę jednego z kolegów zaniechałem umieszczanie filmów oraz zdjęć na którym są wizerunki uczestników.

 Tak apropo zdjęć i filmów proszę mi nie mieć za złe jakość obu tych wytworów. Nie pojechałem tam dla zdjęć i dla filmów tylko dla kawy zdjęć i filmów. Dlatego jakość ich jest zdecydowanie marna. I jeszcze jedno to co ja mówię i moi koledzy i na zdjęciach i na filmach jest to podkład z Gwiezdnych Wojen a dokładnie dialog Ciubaki z Hanem Solo.

Kalendarium

2014.08.14 18:48 wykonałem pierwsze zdjęcie.

2014.08.14 19:38 nagrałem swój pierwszy filmik w życiu. Błagam o przebaczenie.

 

Część druga niebawem