Dziś a jest 19.08. 2014 r to dzień przeznaczony na odpoczynek od górskich zdobyczy. To tzw. dzień restowy. Choć jak się później okaże dzień restowy w Alpach to solidna harówka ale po kolei.

Wstaję i po raz pierwszy w życiu udaję się na śniadanie które serwuje mi obsługa schroniska. Liczę na kilka rodzajów chleba, wędlin, sosów, ciast nie wspominając o herbacie kawie i kakao. To co jednak dostaję wyrywa mnie ze snu bo przecież jestem w głębokim śnie i zamiast zejść na ziemię śnię o duperelach. Ale już wracam siedzę w schroniskowej jadalni. Koszyk z chlebem smacznym. Do tego na nas dwóch chyba 6 małych dżemików takich jakie serwuje Tymbark a które notorycznie nie były przeze mnie spożywane na różnego rodzaju szkoleniach. Herbata oraz dwa malutkie sucharki takie malutkie jak patrzę w swojej kuchni do czego by to porównać no i dochodzę do wniosku, że u mnie w kuchni wszystko jest wielgaśne. Za to wszystko płacę… no właśnie a kto zabroni bogatemu jeść dżemiki małe chlebki i jeszcze w pizdu za to zapłacić.

Dość biadolenia bo moc atrakcji czeka. Dochodzimy do kolegów którzy byli rozbici poniżej. Widzę ufoluda, który wychodzi zza skały i widzę piechura na szlaku. Mieni mi się od tej wysokości.

Schodzimy, żegnamy schronisko jak i dolinę. Siódemką bo tak oznaczony jest nasz szlak zbiegamy do źródeł miejscowego potoka, który wywodzi się z Lodowca Piccolo di Verra. Tu dramatyczna decyzja aby dostać się na szlak osiem wyprowadzający na Bettolinę 2904 m npm trzeba dziada przejść wpław. A, że cuchniemy jak zarazy to ochoczo ściągamy skarpety i wio. Woda w brew pozorom nie jest taka zimna. Na pewno nie tak jak miejscowa Białka. Bogdan nawet wała umył. Ja się nie myje bo idę na rekord.

Razem już podążamy w górę na wspomnianą wcześniej przełęcz. Po prawej Palon di Resy 2676 m. npm wyglądem przypominający pik z amerykańskich westernów. Pogoda taka dziwna nie pada ale jest mgliście. Na przełęczy rozdzielamy się. Majer z Bogdanem ( Ty masz na imię Bogdan czy Boguś kuźwa nigdy nie wiem)zostają i biwakują tutaj. My natomiast zmieniamy oznaczenie szlaku z 8 na … ciul tam wie chyba 9. Nie mniej szlaki są tu oznaczone perfekcyjnie co jednak pozwala nam za kilka dni się zgubić w zejściu ot cfaniaki z Polski. Czekajcie chwile bo mi się ktoś na fejsie dobija. Dobra jestem. Szlak wije się do góry. No bo niby gdzie. W oddali pozostają kompani a jeszcze dalej widać zabudowania Stafal Tschval. Mądry taki jestem bo jednemu francuzowi mapę podjebałem. Nie no żartuje, ktoś zostawił to sobie wziąłem.

Dochodzimy w końcu do niebieskich lin, które mają za zadanie pomóc przejść odcinek skalno graniowy wyprowadzający na plateu na którym znajduje się schronisko. Piękna grań dziś we mgle za kilka dni otworzy się dla mnie jak młoda dziewica podniecona do granic wytrzymałości. Dość powiedzieć, że nawet jest miniaturowy mostek. No po prostu bajka.

W końcu jesteśmy na wysokości 3585 m npm. Tu mieści się schronisko Rifugio Quintinio Sella. Moje póki co najwyżej osiągnięte schronisko. Jest jeszcze jedno położone wyżej ale jak chcesz wiedzieć gdzie to se znajdź. Jest cholernie zimno. Jak się później dowiadujemy nie ma nigdzie wody. Jedynie można kupić 1,5 l w cenie 3 juro.

Dziś decyduję się na pełne wyżywienie ale tak nie do końca pełne. Czyli obiado kolacja z której wcześniej mnie bezczelnie wypraszano i śniadanie.

Tu też spotykamy naszego rodaka Witka bardzo przyjemnego gościa. Witek jeśli czytasz me bździny to pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. Z Witkiem wiąże mnie miłe spotkanie. W drugim opowiadaniu albo w trzecim nie pamiętam a przynajmniej po pierwszym noclegu w Ayes gdy zszedłem z Breithorn szybko udałem się do swojego pokoju a raczej przed pokoju gdzie miałem swoje łóżko. Patrzę a tu jakieś gacie leżą na nim. Se myślę kurwa co jest. Na górnym łóżku leży jakiś francuz zapomniałem jak to na nich wołają. I coś do mnie pieprzy. Patrzę na niego z zapytaniem „a weź się odpierdol” i spostrzegam, że nie ma moich rzeczy. Myślę sobie okradli nas. No nie w unijnym schronisku tak porządnym ojebali Manfreda ze wszystkiego. Kolega mój, gdy Go o tym poinformowałem dowiedział się, że przenieśli nasze rzeczy do innego pokoju. A trzeba Wam wiedzieć, że byłem zajebiście zmęczony i wkurzony. No to udaję do wskazanego pokoju a tam stoi facet. Wyglądem przypomina typowego Włocha. No to ja bez obcinki „ że kurwa jak mogli się dotknąć moich rzeczy, że wkurwia mnie to, że ja pierdole, ale z nami postąpili i że w ogóle ja pierdole” Po czy spoglądam na Włocha a ten do mnie rzuca „ Jak dobrze usłyszeć rodaka” i nie po włosku tylko po polsku. Tu następuje 10 minutowa cisza w której manfred zmniejsza się do postaci pantofelka, zarazka i innego ustrojstwa dostrzegalnego pod mikroskopem w powiększeniu dwa miliony razy. Ot teraz nie będzie już przekleństw. Przepraszam sorry i jeszcze w 10 innych językach usiłowałem usprawiedliwić swoje zachowanie. Cham to jednak zawsze będzie cham. Ale dobrze mi z tym. Albo mnie pokochasz albo mnie pokochasz. Tu wymieniamy serdeczności uściski. Rozmowa nasza z Witkiem sprowadza się do prośby o pomoc aby nam jej udzielił. Bo trzeba Wam Wiedzieć, że Witek szprecha po Italiańsku bardzo dobrze. Wieczorem browar luźna rozmowa. Dowiadujemy się, że Witka wybrał sobie jakiś zwykły mistrz świata w zjeździe na nartach oraz uczestnik tegorocznej wyprawy pod K2. Nasz Witek to fachura a my jego koledzy. Witka po raz drugi spotykamy w Sella. Opowiada czym się zajmuje jakie ma plany, co robi.

Czas płynie zajebiście. Ale co to kurwa pora na obiad. Jest wreszcie obiad i pierwszy raz panisko zjem to co cała hołota schroniskowa. Na pierwsze makaron z pastą nie do butów. Dobre powiem bardzo dobre. Drugie ziemniaczki z mięsem powiem super. Na deser bita śmietana z czymś tam no po prostu bajka. Odżywa moja wiara w dobre żarcie na tym wyjeździe. Nic nie zapowiada dramatu jaki przeżyję dnia następnego jedząc śniadanie. Podczas obiadu poznajemy słowackiego przewodnika Milana. Zajebisty chłop. Noż kuźwa jak nie Słowak. Opowiada, że ma klientów trzech szwajcarów. Że wcześniej tydzień temu był tu Rysiek Gajewski u którego robiłem kurs taternicki z Majerem. Rozmawiamy o górach o Liskamie. Mówi, że to trudna góra my, że nic na siłę. Że wiemy na co nas stać i w dupie mamy ryzyko.

Po kolacji wychodzę na zewnątrz oglądam góry zasłonięte częściowo przez mgłę. Myślę o moich dziewczynach w Polsce. Na chwile myśli zbiegają do tych dwóch dupków moich kumpli, którzy tam pewnie marzną na dole. Szkoda że ich tu nie ma moglibyśmy kupić flaszkę, popić, pośpiewać, wpierdol komuś sprawić. A tak trzeba iść spać. Kładę się i nawet nie wiem kiedy zasypiam.

Kalendarium

Opuszczam Mezzalamę 08:17

Po przeprawie 10:18

Kumple mają nas w dupie 15:00

Niebieski liny 15:54

Najszybszy człowiek na świecie Simone i jego narty 17:53

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *