Trzeba bardzo dużo wysiłku aby wejść na szczyt potem z niego szczęśliwie zejść. A gdy już jest się przy schronisku pozostaje tylko ściągnąć szpej chwilkę odpocząć i można napić się piwa, kawy lub zrobić ciepły posiłek. Tak było u mnie. Niestety moi dwaj przyjaciele dodatkowo do tych przyjemności muszą dorzucić zejście do swojego namiotu. Zejście 30- 45 natomiast wyjście pewnie z 1 godzinę im zajmuje. I tak przez kilka dni wstawać, wyjście do schroniska, spotkanie z nami, wyjście na szczyt, zejście do schroniska, zejście do namiotów, wstawać, wyjście… Jestem skłonny stwierdzić dość odważnie, że sprzęt który posiadali, dodatkowy wysiłek, logistyka, oraz pogoda, która była w tych okolicznościach normalna przyczyniły się do… Natomiast ja no cóż nie zamienię ciepła, regeneracji schroniskowej na żaden namiot, śpiwór i nawet z perspektywy czasu patrząc na ich pobudkę z promieniami słonecznymi w całej dolinie. A będzie w późniejszym czasie o tym wspomniane.

Twór powstaje czyli maszyna oblężnicza związana liną. Lokomotywa i trzy wagony wyruszają 18 sierpnia na wysokość 4092 m n.p.m. Trzeba wam wcześniej wiedzieć, że jutrzejszego dnia ma się pogorszyć pogoda oraz jest plan aby dnia następnego wszyscy z całym dobytkiem jaki każdy posiada weszli na szczyt Castor i zeszli do sąsiedniej doliny. Ja mam 4 owsianki kilka cukierków. Koledzy namiot, linę, śpiwory oraz zapas jedzenia na kilka dni. Plan odważny i pomysłowy ale nie w tych warunkach i nie w tych okolicznościach.

Jesteśmy pod żlebem doprowadzającym do odcinka skalnego. Śnieg jak zwykle twardy jak beton choć w tym przypadku mam wrażenie ,że ten pierwszy jest odrobinę twardszy. Jak to zwykle bywa pogoda dopisuje. Nie wieje i świeci słońce choć może nie pamiętam jak naprawdę było a jak ktoś mówi naprawdę to kłamie jak cholera. Za to pamiętam i to doskonale, że twarz piecze mnie niemiłosiernie. Usta mam spalone. Tu dostaję nauczkę do końca swojego życia ,że choć kocham słońce i ciepło muszę być czujny, gdyż mój przyjaciel może być moim wrogie. Dochodzimy do formacji skalnych. Potrzebuję jednej minuty aby dojść do wniosku, że przez skały nie pójdę związany z resztą moich przyjaciół na lotnej asekuracji. Szalony jest to pomysł ale rozwiązuję się dając każdemu wolną rękę. Jest twardy śnieg, jest sucha skała. Trudności skalne odpowiadają trudnościami Orlej Perci. Odcinek skalny jest ubezpieczony długą grubą parcianą liną. Pytam się sam siebie baranie chodzisz w Tatrach na lotnej?

To co się potem wydarzy sprawia, że przewodników uważam za krwiopijne bestie, które mają tylko jeden cel. Po trupach wciągnąć swoich klientów na szczyt. Ściągnąć ich w dół bo kasa bo następna grupa czeka. Reszta się nie liczy, nie liczy się przyjemność z dotykania skały, wspinaczka, widoki. Liczą się tylko słowa „wajta wajta” które kurwa zapamiętam na zawsze widząc jakiegokolwiek przewodnika. Dziś też a będę jak chorągiewka przepraszam, że miałem złe zdanie na temat słowackich przewodników. Prawda że przewrotnie. Przyjdzie jeszcze czas aby Ci to wyjaśnić jak nie na łamach blogu to przy lampce wina…

Na odcinku dzieją się sceny z horroru choć nie wiem czy mam się bać czy śmiać głośno. Ja wybrałem krzyk ze słowami” wypierdalać”. Otóż na linie parcianej wiszą dwie dziewczyny tak wiszą. Rakami rzeźbią skałę bo przecież i tak jest mało porysowana. U góry przewodnik ciągnie je za linę aby się wgramoliły do bezpiecznego miejsca gdzie założy im auto. Z góry zrzucona lina i zjeżdżają kominkiem jakieś Niemcy. Z dołu podchodzi następny buc z klientami i później jak się dowiedziałem od Bogusia popycha Go i szturcha, aby ten szybciej parł w górę. Mało tego, niektóre buce przejdą rakami po innych wspinaczach byle wyprzedzić byle wyminąć a huj nas obchodzi, że ty chcesz się zatrzymać, podziwiać widoki cieszyć się wspinaczką.  Zdupcaj do Polski na Turbacz tam se podziwiaj widoki.

Nie wiem jak ale przeszedłem ten odcinek skalny bez asekuracji zdany na siłę swoich rąk i gotowy do walki z każdym który mnie popchnie i w moim kierunku powie wajta wajta. Czekam na towarzyszy robię im zdjęcia. Teraz tylko pozostaje śnieżna grań wyprowadzająca na wierzchołek. A tam piękne widoki nudne nie? Jak to z każdego wierzchołka widoki muszą być piękne. 18.08.2014 r. 10:22 Wyciągam opaskę mojej córki i posyłam ją w dolinę, a w myślach coś mówię do siebie. Ta chwila zapadnie mi głęboko w głowie i jeszcze nie raz będę do niej wracał. Śmieszne, mało ciekawy szczyt w kurwę ludzi, przepychanki a ja się rozkminiam i rozczulam jak jakaś łajza. A przecież czeka mnie zejście, skalny odcinek i cała hołota, która jak wielka kupa nie może się przecisnąć przez standardową rurę dziesiątkę.

No i jestem nad skalnym odcinkiem. Oczywiście buc, który tylko umie powiedzieć wajta wajta pcha swoich klientów na dół sam schodząc bez asekuracji przodem, tyłem, aż weście w pewnym momencie wydaje mi się że ciul idzie na rękach byle wszystkich wyprzedzić. Nie trzeba dużo jeden z jego podopiecznych a tak swoją drogą ciekawe co zapamiętali z tego wyjścia na szczyt chyba tylko cenę za usługę, zaplątuję się w parcianą linę. Sytuacja jest to zabawna to eeee za dużo powiedzieć dramatyczna bo dramatyczna to była jak zjadłem cztery jabłka i mało się w gacie nie posrałem jak wracaliśmy do Polski. Sprytny pasterz wyobracał swoje owce i już dalej zbiegali w dół tylko wajta wajta jakby było jakby słabiej słychać. Dochodzę do małego uskoku a tam widzę swoje ciało roztrzaskane o twardy śnieg i zgraję przewodników patrzących i mówiących gdyby NAS wynajął do tego by nie doszło a NASA to jest tylko rakieta , która poleciała w kosmos z Krzeptówek.

Olewam uskok i ścinam ściankę  w prawo. Trzymam się liny i bez problemu dochodzę do łatwego terenu. Gdyby tak wszyscy znikli i pozwolono nam w spokoju przejść ten odcinek byłby to jeden z piękniejszych tego wyjazdu. Zakosy sprowadzają w dół ale jest tak twardo i ciepło, że czuję się jak w kuciapie. Postanawiam pruć na wprost w dół. Mijam po kolei mrówki a w połowie mijam wajta wajta pozostawiając go ho ho w tyle. Dochodzę do łatwego terenu i spoglądam do góry gdzie schodzą Majer i Bogdan. Nie omieszkam robić im zdjęcia. Wyglądają zajebiście na tym odcinku Polluxa. Jesteśmy nareszcie  razem i no właśnie zapomniałem powiedzieć, że przed wyjściem rzucam luźno aby po wejściu na Pollux i szczęśliwym zejściu spróbować wejść na Castor. Majer mi wtóruje i Bogdan też. Za jest pogoda, idealne warunki, blisko schronisko oraz krótkie podejście z pod jednego wierzchołka na drugi. Czuję moc w sobie oraz nieodparte wrażenie, że pomysł z przejściem i wyjściem na ten wierzchołek z całym dobytkiem to zły pomysł.

Idziemy na drugi szczyt po kilku chwilach jeden z naszej czwórki rezygnuje i stwierdza że wraca do schroniska. Następuje zmiana planów. Majer robi za lokomotywę Bogdan za wagon a ja na końcu odkrywam, że chodzić z tyłu jest zajebiście fajnie bo i widzę koleszków i mogę im zdjęcia robić no i lina mi się nie majta między nogami. Pniemy się powoli systematycznie w górę. Odpoczywamy ale regularnie śmigamy w przód. W połowie wiem, że nam się uda to zgrany zespół nikt nie biadoli i nie użala się na swój los. Każdy wie po co tu przyjechał. Warunki choć słonecznie im wyżej tym się pogarszają. Mam na myśli piekielny wiatr, który mocno nami targa. Przechodzimy szczelinę mocno pionowym śniegiem. Wychodzimy na grań i pozostaje nam pokonanie najpiękniejszej śnieżnej grani jaką do tej pory widziałem. Nie ma tu nikogo żadnych wiszących bab, Niemców, wajta wajta, tylko my. Sami i okoliczności przyrody. Wieje zajebiście dlatego kilka zdjęć, chyba nawet filmik nakręciłem i w dół. Im niżej tym ciszej cieplej weselej.

Gadam jak najęty napawam się chwilą cieszę się nią. Wiem, że za kilka godzin zostanę sam ze swoją górą i będę na nowo przechodził każdy centymetr. 18.08.2014 r. 13:25 Dwa czterotysięczniki jednego dnia. Tego mi nie zabierze nikt. A czy mnie ktoś pokona czy wejdzie na trzy  na cztery mało mnie to obchodzi. Jestem spełniony teraz mogę wracać ale jeszcze nie dziś jeszcze nie teraz. Mam ukryty plan tak absurdalny i z punktu widzenia niektórych głupi, że aż sam się sobie dziewie że go urealnię. Będzie jeszcze o tym mowa. Schronisko, gratulacje kawa chyba nawet piwo pożegnanie z kolegami. Drażni mnie to pożegnanie pomimo ciągłego peplania w ich stronę, gdy schodziliśmy chcę to robić dalej do późnej nocy. Mało mnie to obchodzi, że chcą spać, że są zmęczeni tak odbieram swój a zarazem nasz sukces. Widzę ich na dole spoglądam na otaczający mnie świat. Znam Ciebie dobrze Pollux i Castor i znam Ciebie Breithorn również. Teraz jestem częścią tego świata.  Dziś pisząc te słowa jestem w stanie z zamkniętymi oczami opowiedzieć trasę wyjścia i zejścia a w towarzystwie moich przyjaciół nawet ponownie się nakręcić i paplać jęzorem do późna. Dobrze przestaję się nakręcać bo jeszcze zacznę wierszem pisać i stanę się jak półchłopek. Dziś żegnam się ze schroniskiem, otoczeniem, doliną, lodowcem. Schodzę do Rifugio Ottorino Mezzalama i tam spędzimy nockę. Choć Castor będzie mi towarzyszył to jednak ma być zmiana na lepsze. Nowe schronisko, wykupione jedzenie nowe plany. Ale to opowiem jak mi przyjdzie na to ochota…

 

Kalendarium

Rytuał podejścia zejścia i ciul wie czego jeszcze 07:12

Przed odcinkiem skalnym 09:25

Na Polluxie 10:22

Na Castorze 13:25

Zejście do Rifugio Ottorino Mezzalama 16:07

Obryw seraka 16:26

Piwa smak 16:53

Spotkanie z sarenką 17:18

Kto rano wstaje temu staje

Castorski wietrzyk

Już po a jeszcze przed

Bliskie spotkanie

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *