Poranna kawa zrobiona w domu. A muszę się Wam przyznać że będzie trochę o kawie.

Polska, Słowacja, Austria, Niemcy, Lichtenstein, Szwajcaria i docelowo słoneczna Italia jak to mówię to kraje przez które udało nam się szczęśliwie przejechać. Zresztą długo czekałem na tą podróż. Pakowanie plecaków, lin, kasków, czekanów i innych rzeczy, które są niezbędne to też przyjemny atrybut takiego wyjazdu.

No ale nie będę zanudzał bo przecież już jesteśmy na miejscu w miejscowości Saint Jacques a dokładnie na kampingu MONTEROSA. Jest godzina popołudniowa dnia 15 sierpnia co daje prawie a wiadomo jak jest z tym prawie 24 godzinną podróż.

W miejscowym sklepiku gdzie oprócz produktów spożywczych jest też kafejka z smakowitą kawą i ciastkami zakupujemy piwo. Tak piwo sztuk jeden. Ma to być swoiste przywitanie z Alpami. Wykręcam się od jego picia i chowam je pod siedzenie samochodu. Tłumaczę sobie że tylko wygrani zasługują na picie tego swoistego nektaru.

Sam kamping ładnie położony wśród gór. Czyste toalety, ciepła woda, miła obsługa no cóż chcieć więcej no może tylko dżemu na śniadanie ale o tym specyfiku też będzie później. Rozkładamy namiot jemy kolację i idziemy spać.

Jest 16 sierpnia pogoda wita nas promieniami słonecznymi. Wstaję jako pierwszy bo miałem najbliżej do wyjścia. Oddycham głęboko stawiam piedestały choć te już ktoś postawił i pewnie mają dużo więcej wysokości niż nasze rodzinne Tatry. Pakujemy się szukamy parkingu na pozostawienie samochodu i wychodzimy w góry. Tu przypomnę pozostawiam swoje piwko w samochodzie na powrót. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie pstryk i wolno ale skutecznie wyruszamy na podbój Alp.

Szlak nasz ma numer 7 bardzo lubię tą cyfrę uważam ją za swoją szczęśliwą. W szkole miałem taki numer w dzienniku i pamiętam wszystkie kataklizmy mnie omijały.

Polana a na niej alpejskie krówki dzwonki i pierwszy widok na lodowiec. Znam ten rodzaj. Byłem pod Marmoladą, venedigerem , blanszetem. Wszędzie tam poniosłem sromotną porażkę w wyjściu na szczyt alpejki. Brak doświadczenia, strach i młodość być może to przyczyniło się do ciągłych porażek. Choć nigdy nie powiedziałem, żebym z tych wyjazdów wrócił niezadowolony.

W oddali widzę dwa schroniska. Pierwsze z nich Rifugio Ottorino Mezzalama 11020 Aosta Valley Włochy 3036 m. npm oraz Rifugio Guide della Val d Ayas 3394 m. npm.  W tym pierwszym będę miał okazję spędzić jedną nockę w tym drugim dwie.

Szybko i bez jakichkolwiek problemów docieramy do pierwszego z nich. Tu następuje dramatyczna chwila rozstania dwaj moi przyjaciele Majer i Bogdan będą nocować w namiocie blisko jego sąsiedztwa. My natomiast udajemy się do schroniska. Takie było założenie przed wyjazdem i oczywiście nikt do nikogo nie ma pretensji o taki stan rzeczy. Z perspektywy czasu będę i cieszył się z tej decyzji i bardzo jej żałował. Myślę sobie przyjdzie czas aby o tym wspomnieć.

Jestem już w schronisku drugim a więc Ayas. Wykupuję sam nocleg żałuję paru euro na żywienie ale przecież mam pół plecaka pyszności w porównaniu z tym co serwują schroniska. Tu najpierw z cichca potem po rozmowie na ręce 😉 z dwoma chyba Włochami i bez ogródek w przedsionku schroniskowym gotuję sobie wodę na liofizat. Pierwszy raz i od razu strzał w 10 kurczak w sosie ostrym. Wg mnie pyszności. Dziś pisząc te słowa żałuję że nie zabrałem ze sobą więcej paczek a tylko dwie. Oprócz tego były owsianka, kaszka, suchary, czekolada, wafelki owsiane, cukierki i dżemik z Tymbarka. Dżemik który potem po wykupieniu w schronisku śniadania będą mi serwować w zajebiście wysokiej cenie.

Wychodzę przed schronisko spoglądam na okolicę. Jest pięknie choć dalej do końca nie wiem gdzie są cele mojego wyjazdu. Patrzę w dół staram się wyszukać moich dwóch przyjaciół którzy nas opuścili i gdzieś tam śpią. Myślami jestem z nimi, moimi kobietami które zostały w domu i wszystkimi których tu nie wymienię.

Pobudkkaaaaaa to jest ten dzień. Dzień wejścia na Breithorn zachodni, najwyższy – 4164 m, centralny – 4159 m. Nazwa tego wydaje mi się straszna a on sam pewnie cholernie trudny. Jak się później okaże nic z tych rzeczy. Dołączają do nas Majer i Bogdan. Wiążemy się liną i jak to raczę mówić z nogi na nogę zdobywamy wysokość. Idę w środku stawki ale na przodzie. Za mną stąpa Bogdan a peleton zamyka Majer.

Zawsze z tyłu idzie przewodnik i osoba najbardziej doświadczona. Nie ma w tym przypadku żadnego przerostu treści nad formą bo tak jest. Mamy w swoich szeregach i ratownika GOPR i Bogdana dla którego jest to pierwszy taki wyjazd. Choć szczerze sam też nie jestem dużo bardziej doświadczony może tylko bardziej wyszczekany. Ale w głębi duszy czuję chyba podobny strach.

Pogoda wspaniała, warunki wspaniałe nic nie może wyrwać nam zwycięstwa i smaku wejścia na czterotysięcznik. Choć są dwa parchy które skutecznie zniechęcają nas do wejścia na Breithorn. A to klient i przewodnik z Zermat. Facet który wchodzi tanecznym krokiem na szczyt i w tempie 0,1 km na godzinę. Po krótkiej dyskusji wyprzedzamy te dwie sieroty. Jedna sprawa że ślimaczą się niemiłosiernie druga sprawa że zaraz przewodnik z Zermatt zemdleje z wysiłku i trza będzie go na rękach wnieść na szczyt. A co gorsza mamy wrażenie że zaraz skoczy w przepaść aby wreszcie ulżyć sobie w cierpieniu.

Ogólnie na ten szczyt wchodzą wszyscy chłopy, baby, dzieci lat ok 7 z rykiem na ustach i ciągnieni przez innych debilnych przewodników, starcy i no właśnie przewodnicy z Zermatt ze swoimi klientami.

Tu po raz pierwszy zastanawiam się nad sensem związania się liną. O ile na polu śnieżnym jest to konieczność i rzecz bez dyskusji o tyle na twardym podejściu niczym nie różniącym się od naszego tatrzańskiego uważam że to jest duże niebezpieczeństwo. Dodatkowo narciarze jeżdżą nad nami stwarzając niebezpieczeństwo obsunięcia się i wpadnięcia w nas jak pocisk armatni. Majer uważa, że to jednak jest konieczność i dodatkowo sprawia że tworzymy jedność i kolektyw w którym każdy dba o partnera. Nie sposób się nie zgodzić. Pozostajemy związani i jak orient expres biegamy po torach rozłożonych na Breithorn.

Jest dokładnie 17 sierpień 2014 r. Wchodzę na swój pierwszy czterotysięcznik. Po latach wspinania w Tatrach a to z partnerami a to samotnie wreszcie mam swój pierwszy wierzchołek. Ciśnienie schodzi jest radość są zdjęcia. Cieszymy się jak głupcy. W oddali same sławy Mount Blanc, Matterhorn, Weisshorn, oraz Pollux i Castor. Te dwa ostatnie to moje ulubione z nazwy. Na jednym z nich mam zamiar zostawić opaskę biało czerwoną zrobioną przez moją córkę Natalię.

Piękna grań śnieżna, piękne widoki sprawiają, że z Zachodniego idziemy na Centralny. Tak dziś dwa czterotysięczniki choć w jednej nazwie. Łyk herbaty, kęsy pożywienia. Schodzimy zasłużenie wiedząc że dziś zrobiliśmy kawał dobrej roboty.

Każdy dla siebie, każdy jest tu z innego powodu. Dla chwały, dla ciekawości, dla udowodnienia sobie pewnych rzeczy, dla zbierania doświadczenia dla innych trudniejszych celów, dla tego że te góry są, są piękne i trzeba w swoim krótkim życiu je zobaczyć dotknąć spróbować.

Docieramy do schroniska. Rozwiązujemy się. Odpoczywamy delektując się smakołykami. Uzupełniamy płyny. Ja z racji odkrycia kawowego świata robię kawkę z aeropressu. Powoli dzień się kończy. Spoglądam na niedawno zdobyty Breithorn oraz dwójkę moich przyjaciół, którzy oddalają się do swojego namiotu.

Zdobycz przeżywam w swojej głowie na krótko tylko rozmawialiśmy o zwycięstwie. Nie było posiadów do późnych godzin nocnych i napawania się zwycięstwem. Jutro następne wyzwanie kto wie czy nie najważniejsze trudniejsze i piękniejsze. Jutro jest ten dzień. Zasypiam, śnię

Ciąg dalszy nastąpi…

Kalendarium

Pobudka chyba 5 rano…

Śniadanie 5.15

Pierwsze zdjęcie 8:28 choć zrobiłem wcześniejsze

Przewodnik z Zermatt 10:17

Wejście na Breithorn 11:33

Radość z oglądania 18:33

Sen 22:00

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *